ManaT - 2013-08-07, 00:23 Temat postu: Wisła na dziko.Wisła na dziko (Zawichost - Góra Kalwaria)
Parę dni wolnego szybka, dzika decyzja i atak! Do Zawichostu mamy na skróty 430km. Po drodze jest Zalew Sulejowski więc i kilkugodzinna przerwa na pływanie po nim.
Nocleg gdzieś w okolicach mostu w Annopolu, trochę z trasy, ale trzeba ukłonić się przed Królową, dziś już nie popłyniemy bo wieczór za pasem. Wisła robi wrażenie, pierwszy raz popłyniemy tak małą łódką po tak dużej wodzie. Noc mija spokojnie w jakimś lesie nad brzegiem Wisły, niebawem tędy przepłyniemy. Dojście do wody kiepskie, błoto. Poczekam z dotknięciem wody jeszcze chwilkę.
Szybkie śniadanko i już jedziemy z Annopolskiego lasku do Zawichostu na 288 kilometr rzeki. Panowie z promu godzą się bez problemu na rozpoczęcie spływu z ich nabrzeża.
Zostawiamy samochód pod opieką Zgromadzenia Sióstr Św.Jadwigi Królowej. Nie można było lepiej trafić. Siostry są przemiłe.
Zaczynamy spływ.
Wkładam ręce do wody, nie śmierdzą. Pióro bobra widać prawie całe. Chyba będzie można myć się w rzece.
Na wodowskazie 221cm, nisko, cieszymy się, będzie dużo wysp i piachu. Ruszamy o 10:00, pochmurno ale bardzo ciepło. Jest dobrze.
Rzut oka w tył na Zawichost. Prom już taki malutki...
Rzeka szeroka ale płynie spokojnie, uspokajamy się, obawy przed dużą wodą słabną.
Płyniemy spokojnie machając pagajami, nigdzie nam się nie śpieszy. Po prawej piękne wapienne urwiska przed Annopolem.
Niebawem przepływamy pod ponad 600 metrowym mostem w Annopolu, drugim co do długości w Polsce.
Płyniemy pięknie kręcącą się Wisłą uważając na mielizny, drogę wodną pokazują tyczki. Po prawej czerwone, po lewej zielone. Często trafiają się przykosy, zdarza się nam szorować dnem łódki na środku rzeki. Brzegi raczej dostępne, dużo łach piachu, są i wyspy, będzie gdzie spać.
Kierunek - w dół Wisły. Cel - nie dalej jak do Góry Kalwarii. Pierwszego dnia robimy około 25km i lądujemy na wyspie, wielka plaża. Do stóp przykleja się błotko, fuj, ciężko zmyć, jest go wszędzie pełno. Skutek opadającej wody. Ale są miejsca gdzie woda płynie żwawo i tam go niema czyli jest sposób! Damy radę! Przeciągamy kanu pod krzaki i rozbijamy namiot. Opału dużo a nawet bardzo dużo, suchutkie badyle. Wystarczy ściąć nożem trochę wiórów i już jest rozpałka. Już wiem, że z ogniskami nie będzie problemów.
W miejscu gdzie nurt jest wartki a szlamu brak bierzemy kąpiel, woda cieplutka aż miło! Skóra nam nie schodzi, zobaczymy jak będzie za kilka dni. Biwak w miejscu przewiewnym więc komary dają żyć. Ciepło, fajnie, że trochę wieje. Kolacja, później zawodzenie do księżyca i kładziemy się spać.
Rano piękny świt zapowiada pogodny dzień. Drugi dzień spływu.
Ruszamy koło 10. Płyniemy od brzegu do brzegu wypatrując tyczek i mielizn. Słońce praży ale lekko wieje, oczywiście w pysk. Mijamy budowę mostu na trasie Solec - Kamień.
W końcu panowie policjanci z motorówki, którzy mijali nas już dwa razy, nie wytrzymali i zwrócili nam uwagę, że nie mamy kapoków na sobie, kazali ubrać. Oni też nie mieli na sobie. Po krótkiej i spokojnej dyskusji odpuścili i pozwolili płynąć dalej bez.
I tu mam pytanie dla znawców tematu: trzeba mieć kamizelkę asekuracyjną bądź ratunkową na sobie czy wystarczy na jednostce?
Nie mogę sobie przypomnieć gdzie mijaliśmy rozwalony most. Z wody wystawały kikuty filarów. Ciekawe jaka była jego historia. Co go zniszczyło? Wojna? Powódź? Zator lodowy?
Droga dalej bez zmian. Tyczki, łachy, przykosy, piękne brzegi i wyspy. Płyniemy leniwie ciesząc oko.
Po ok 30 km nocujemy na wyspie kilka kilometrów przed Kazimierzem.
Zaczynamy trzeci dzień.
Po lewej zamek w Janowcu.
Po prawej Kazimierz Dolny.
Długi odpoczynek i popas na pięknej łasze, wartki nurt, ciepła woda, laba.
W oddali widać już kominy Zakładów Azotowych w Puławach, później mijamy Dęblin. Już od dłuższego czasu podziwiamy różne samoloty i śmigłowce. Pełno tu tego w powietrzu.
Dziś przepłynęliśmy z 55 km. Łapie nas wieczór. Śpimy na prawym brzegu za blisko krzaków, komary tną jak wściekłe, nie przeszkadza im nawet spore stężenie DEETu ani ognisko. Dostępu ze stałego lądu chyba brak. Gęste krzaki, nie ma żadnych ścieżek. Tylko ślady zwierząt rozmaitych.
Czwarty dzień. Woda się kończy. Zwykła i ta ognista. Szukamy sklepu. Znajdujemy dogodne wyjście koło wsi Wróble-Wargocin. Parę metrów przez wał, dalej przez czyjś sadzik, w prawo drogą i jest sklep. Zamknięty jeszcze do 14. Trzeba czekać 2 godziny. Trudno, czekamy. Kupuję kiełbasę w " tą i z powrotem " to znaczy dwa kawałki po 35cm. Nawet smaczna, warzywa też są tylko ognistej brak ale piwo jest. Generalnie zaopatrzenie dobre ale mięso na zapisy.
Zrywa się wiatr, prawie zawsze od dziobu. W oddali majaczą kominy elektrowni Kozienice.
Myku, myku i już ona w całej swej krasie
Okolica nieciekawa, rzeka uregulowana, fala coraz większa. Postanowiłem płynąć przy opasce przy elektrowni bo tam najspokojniej. Przed samym ujęciem wody do elektrowni zrywa się wiatr. Uciąg wody w stronę elektrowni jest spory, Wisła tu chyba w połowie jest pożerana przez tego potwora. Cała naprzód! Fala spora, po skosie od dziobu, jeszcze się nie wdziera do łódki w znaczącym stopniu ale ciekawie nie jest. Otuchy dodaje jedynie fakt, że tym razem mamy na sobie kamizelki. Machamy bobrami ile się da ale prawie nie płyniemy do przodu a jedynie promujemy. W końcu nas puszcza. Uff. Jednak chyba lepiej było płynąć przy główkach po wewnętrznej stronie zakrętu rzeki tylko, że tam fala większa.
Wiatr maleje, słoneczko przegoniło chmury i robi się całkiem ładnie.
Prom z ciekawym napędem boczno-kołowym w okolicach Latkowa.
Nocujemy na małej wysepce kawałek za promem. Biwak już gotowy gdy malowniczo zachodzi słońce.
Obowiązkowe ognicho, komarów mało bo nie mają krzaków. Za nami kolejne 35km spływu.
Piąty dzień spływu. Dobijamy w Tarnowie do brzegu dokupić to czego nie kupiliśmy wczoraj. Do sklepu 2 km. Spacerek w palącym słońcu. Sklep ma prawie wszystko co potrzeba lecz mięso i tu na zamówienie. Sytuację ratuje niezawodna "w tą i z powrotem". Smażona z cebulą jest hitem tego spływu.
Cumujemy i biwakujemy na uroczej wyspie grubo przed południem po przepłynięciu jedynie 5-ciu km. Wyspa jest idealna na biwak. Szkoda ją ominąć. Do końca spływu już niedaleko, nie trzeba gonić. Leniuchujemy beztrosko. Jednak bez tarpa dającego cień przy bezchmurnym niebie byłoby z nami krucho.
Jeszcze trochę i trzeba będzie wracać po samochód do Zawichostu więc czas przygotować wiosełko.
Rano szóstego dnia płyniemy na ostatni obóz na wyspie tuż przed planowanym końcem spływu. Po lewej mijamy ujście Pilicy, parę kilometrów dalej plażujemy po przepłynięciu 20km. Spać idziemy szybko bo jutro ciężki dzień.
Siódmy dzień, szukamy miejsca do lądowania. Nie wiemy gdzie będzie wygodnie podjechać samochodem. O ósmej rano, po 5-ciu kilometrach jesteśmy na pozostałościach po przeprawie promowej koło Brzumina pod Górą Kalwarią. Tu kończymy.
Moja towarzyszka i szlakowa Bornholminka ma lepsze "łapane" niż ja (bo mam prawie zerowe) więc to ona zabrała oklejone wiosło pod pachę i pojechała autostopem po samochód do Zawichostu. Spisała się dzielnie i po 8 godzinach pakowaliśmy naszego dzielnego Sarniaka na dach. Wodowskaz w Zawichoście pokazał tego dnia 210cm. Wisła cały czas opada. Odsłania coraz więcej łach i szlamu.
Pokonaliśmy około 175 km Wisły. Tak naprawdę to pewnie dużo więcej bo bardzo często zygzakowaliśmy od brzegu do brzegu szukając drogi przez mielizny.
Na Tym odcinku rzeki Wisła ma bardzo dużo uroku, nie jest tragicznie brudna jednak jej woda pozostawia nieco do życzenia. Do dziś skórę mamy na sobie, no może nie taką samą jak przed spływem bo jest dużo ciemniejsza lecz to nie za sprawą wody ale słońca. Ptactwa wodnego i lądowego tu bardzo dużo. Widzieliśmy także orły. Śladów po bobrach całkiem sporo. Ryby tłuką się o tafle co chwilę. Gorzej ze spływami. Turystów wodnych policzę Wam od ręki, dwa kajaki jedynki w parze, gumiak z bagażami na trawie w Kazimierzu, kajak dwójka i kajak jedynka, tyle widzieliśmy podczas całego spływu. Wszystkich ich widzieliśmy tylko jeden raz oprócz wspomnianej pary jedynek, widywaliśmy ich przez pół dnia to tu to tam. Poza tym trochę wędkarzy na różnego typu motorówkach im niżej tym więcej pewnie też za sprawą weekendu. W sobotę i niedzielę przy większych miastach sporo wędkarzy. Na biwakach mieliśmy prawie idealny spokój. Gdzieś tam w oddali przemknęła motorówka lub na odległym brzegu pojawił się wędkarz. Dzika rzeka. Próżno szukać zorganizowanego biwakowiska, gorącego prysznica czy porcelanowego wychodka. Szukać można tu spokoju, miejsc ustronnych oderwanych od cywilizacji i ludzi, jak ktoś lubi. My tak. Wrócimy tu. Może za rok od Krakowa?
Orientacyjna mapka spływu
A wszystko to przez Ciebie Lechu Dzięki!Myszoor - 2013-08-07, 07:21
Cytat:
I tu mam pytanie dla znawców tematu: trzeba mieć kamizelkę asekuracyjną bądź ratunkową na sobie czy wystarczy na jednostce?
Znawcą to niekoniecznie jestem, ale dla mnie sens pływania z kamizelką "nie na sobie" jest taki jak jazdy z niezapiętymi pasam. Jest "fajnie" bez niej (szczególnie gdy gorąco) do momentu gdy "dzieje się" coś niebezpiecznego, tyle że wtedy jest już za późno by ją zakładać, czego dowodów życie dało już wiele a ostatnim jest zdaje się ostatnia ofiara Parsęty (
Wracając do wątku: czy woda "waniała"?ManaT - 2013-08-07, 08:26 Myszoor, tu nasze zdania są podzielone, wykabinić się w ciepłej wodzie przy niezatapialnej łódce z bagażem w niezatapialnych beczkach i workach, na jeziorze lub rzece która ma mnóstwo mielizn i umiarkowany prąd nie jest chyba bardziej niebezpieczne niż pływanie w niej solo w żółtym czepku jedynie i gaciach. Zresztą żółte czepki już chyba nie istnieją chociaż może i bym go znalazł gdzieś na dnie szafy zaimpregnoiwanego przez kurz Co innego gdy na wodzie są przeszkody lub warunki pogodowe marne. Z tego co widzę to woprowcy i policja też pływają bez i to chyba bez względu na pogodę. Dla mnie jest to kwestia dopasowania do warunków. Dla społeczeństwa dużo mniejszy ból niż jazda bez pasów samochodem bo jak już... (odpukać) to leczyć nie ma kogo.
Cytat:
Wracając do wątku: czy woda "waniała"?
też miałem o to duże obawy, głównie to powstrzymywało mnie do tej pory przed pływaniem naszymi dużymi rzekami. Najbliżej mam do Odry i wącham ją czasem w okolicy Szlichtyngowy, podaje chemią regularnie Jednak na Wiśle ku memu ździwieniu było całkiem dobrze Gdzieś tak za Kazimierzem chyba zaczęły mnie trochę drażnić kupki ciemnej piany na wodzie która pojawiała się czasem po przejściu przez główkę, ale zapach wody był nadal dobry.Zirkau - 2013-08-07, 08:52 Ma być taka ilość kamizelek jaka ilość pasażerów. Nie ma obowiązku ich ubierania jeśli są sprzyjające warunki, a pasażerowie potrafią pływać. Osoby nie potrafiące pływać winny mieć ratunkową. Zamiast kamizelek, łódka mogłaby być wyposażona w koło ratunkowe (sic). To takie małe kuriozum, bo takie bierne koło nie pomoże wiele, bo nie ma jak rzucić na pomoc, szczególnie jak jest się samemu w wodzie.
Co do samej Wisły. Już Cię nie lubię , widoki mieliście przecudowne. Doskonały klimat wyłania się ze zdjęć. Wyspy, ciepłe noce, ogniska. Biwak na takich plażach to niemal jak w tzw egzotycznych krajach jak Seszele. Rozumiem, że ryb nie łowiliście skoro brakowało mięsa?ManaT - 2013-08-07, 09:11 Zirkau, gdybyś tak jeszcze na to paragraf podał...
Ryb nie łowiłem mimo, że kiedyś byłem zapalonym gliździarzem i spinningistą, spędzałem dużo czasu na rybach ale jakoś tak przeszło człowiekowi z nurkowaniem Sprzęt jeszcze mam, może kiedyś...gdzieś... Wędkarze na Wiśle narzekali, że słabe brania ale to chyba normalne Co chwile we wodzie plusk lub zamieszanie, głównie przy przykosach, za główkami lub zawadami, pewnie boleń gonił. W kałużach jakie zostawiała opadająca rzeka niejednokrotnie było mnóstwo narybku, czego tam nie widzieliśmy! Jaź, płotka, okoń, kleń, szczupak. Trochę je ratowaliśmy ale to walka z wiatrakami bo zbyt szybkie są. Ptaki pojedzą do syta.ManaT - 2013-08-07, 12:27 Napisałem:
Cytat:
Dla społeczeństwa dużo mniejszy ból niż jazda bez pasów samochodem bo jak już... (odpukać) to leczyć nie ma kogo.
Po przemyśleniach: jednak społeczeństwo będzie musiało ponieść koszty poszukiwań.
...ale to chyba nie ten wątek o konieczności zakładania kamizelek lub nie dyskusja toczy się TUdrawa - 2013-08-07, 14:11
Cytat:
lądujemy na wyspie, wielka plaża. Do stóp przykleja się błotko, fuj, ciężko zmyć,
A pisałem o butach gumowych na tę okliczność na Wisle Zirkau - 2013-08-07, 14:29
ManaT napisał/a:
Zirkau, gdybyś tak jeszcze na to paragraf podał...
rozporządzenie Ministra Infrastruktury z 05.11.2010 Dziennik Ustaw nr 216 z 2010 poz. 1423ManaT - 2013-08-07, 14:55 drawa, no nie! ponad 30°C w cieniu a ja w gumiakach? Nigdy! Nie ganiałeś nigdy boso po kałużach? Tak jak napisałem dalej można bez trudu znaleźć miejsce bez błotka a jak już się wdepnie to też nie tragedia, bogaci ludzie za takie atrakcje słono płacą drawa - 2013-08-10, 07:31 Autocytat ;
Cytat:
A teraz wujek dobra rada. Na Wisle przy promowaniu do łachy piaszczystej dobrze mieć na nogach kalosze - gumowce. Do łachy nie można było [płynąc pontonem] wysiąś nie umoczywszy nóg w błotnej mazi. Pół biedy kiedy to był chwilowy postój ,gorzej jak biwak z noclegiem ,człowiek zostawał z brudnymi nogami. Jak wróce na Wisłe to razem z kaloszami.
Na Wisle przy promowaniu do łachy piaszczystej dobrze mieć na nogach kalosze - gumowce.
Masz tu na myśli dobijanie do piaszczystej łachy chyba?
Przy ponad 30°C upale umycie nóg to czysta przyjemność a gumiaków to chyba trochę mniej a same się nie umyją. I tak jak napisałem można znaleźć bez problemu miejsca gdzie tego błotka nie ma. Gumiaki odkopię jak zimno będzie.Żółtodziób - 2013-08-10, 07:43 Drawa
Ty faktycznie sie błota boisz ?, czy nóg nie lubisz myć ? drawa - 2013-08-10, 08:08 A żeby umyć te nogi trzeba wrócic przez to błoto
Cytat:
ManaT napisał/a:
a same się nie umyją.
umyją sie dnia nastepnego w Wiśle , chyba że będzie w nocy deszcz
Cytat:
I tak jak napisałem można znaleźć bez problemu miejsca gdzie tego błotka nie ma.
szukałes żle szukałeś bo
Cytat:
i lądujemy na wyspie, wielka plaża. Do stóp przykleja się błotko, fuj, ciężko zmyć, jest go wszędzie pełno. Skutek opadającej wody. Ale są miejsca gdzie woda płynie żwawo i tam go niema czyli jest sposób! Damy radę!
ManaT - 2013-08-10, 09:08 drawa, no widzisz! To było nasze pierwsze lądowanie. Wystarczyło raz i się nauczyliśmy. Później już nie mieliśmy w znaczącym stopniu takich problemów z błotkiem. A gumiaki zajmowałyby niepotrzebnie miejsce w które można wziąć np. piwo
Dobra rada dla Wujka Dobra Rada:
Lato > piwo
Jesień > gumiaki
I druga:
Latem gumiaków nie wypromujesz!drawa - 2013-08-10, 19:24 można wsadzić do gumowca Ani puszka ani butelka nie przechodzi smakiem gumowca